Dawid Podsiadło na Red Bull Tour Bus
© Michał Murawski / Red Bull Content Pool
Muzyka

Dawid Podsiadło: Coś więcej niż głupie strzelanie

Trójkąty i kwadraty, kotki, przyjaciele, a nawet zombiaki... Raz, dwa, trzy – z Dawidem Podsiadło gramy my.
Autor: Tomek Doksa
Przeczytasz w 13 minPublished on
Na pewno znasz jego „Pastempomat” i „Trójkąty i kwadraty”. Pewnie też wiesz, że biegnie w „Dobrą stronę”. Albo że jest „Małomiasteczkowy”. Ale w co tak naprawdę gra? I co poza muzyczną sceną sprawia mu największą frajdę? W wolnej chwili od wykręcania najlepszych wyników w grze z Dawidem Podsiadłą w roli głównej – rozmawiamy z wokalistą o jego innych zajmujących pasjach.
Najważniejsze pytanie: wygrałeś już bilet na swój grudniowy koncert w grze Red Bulla?
(śmiech) Jeszcze nie. Ale wciąż próbuję!
A wpisujesz kody z puszki?
No jasne. Ale bardziej polecam wymieniać je na empetrójki z moimi piosenkami przerobionymi na klasyczne midi. Bo można je zdobyć tylko w tej grze, a moim zdaniem wyszły naprawdę świetnie. Strasznie się nimi jaram.

1 min

Dawid Podsiadło już gra, a ty?

Jeśli jesteś fanem takich retro brzmień, polecam gorąco serię Diggin' In The Carts, którą można obejrzeć na Red Bull TV i w której odkrywamy źródła muzyki gier wideo.
O, tak. Na pewno sprawdzę.
Dla fana gier to wciągająca historia. A ty jesteś podobno zapalonym graczem. To prawda, że już w 1999 roku, w Ząbkowicach, wykręciłeś high score na automacie w bloku „na jedynce”?
Z tym high scorem to tylko dowcip, ale faktycznie mieliśmy na osiedlu miejsce z automatami – można powiedzieć, że to był taki nasz salon gier. Kiedy napisałem o tym na Facebooku, mój brat jednak szybko mnie poprawił, bo to wcale nie było na „jedynce”, ale na „piątce”, i na HPR-ach. No cóż, coś musiało mi się pomieszać i źle zapamiętałem. (śmiech) Faktem jest natomiast, że sporo tam grałem, tyle że na pewno nie wykręcałem tych high score’ów… Nie jestem aż tak dobry w automatach i grach na wynik.
A w których jesteś lepszy?
Zawsze byłem zwolennikiem gier w singlu. Dopiero niedawno otworzyłem się na rozgrywki multiplayerowe – siadamy teraz sobie z kumplami i gramy. Ale muszę ci powiedzieć, że ja nigdy nie widziałem celu w takich rozgrywkach. Bo żeby to naprawdę miało sens, musiałbym być profesjonalnym e-sportowcem i chcieć żyć z takiego grania. A gra z kumplami, w wolnych chwilach, to tylko zabawa i rzecz robiona dla przyjemności. Siadamy na dwie-trzy godziny, gramy i przy okazji rozmawiamy, co tam u kogo słychać. To jeszcze mi pasuje. Ale opcja single player, samodzielne wkręcanie się w fabułę i odkrywanie tego wirtualnego świata, to są dla mnie jednak najlepsze rzeczy.
Największa zajawka na granie przyszła wraz z pierwszym komputerem?
Na początku w domu mieliśmy tylko jednego kompa i nie stać nas było na konsolę. Mieliśmy co prawda klasycznego Pegasusa i grało się oczywiście w Contrę, Mario Brosa, albo w świetną grę Felix The Cat, ale rzeczywiście najwięcej przesiedziałem przy pececie. Przez dziesięć lat mieszkałem jeszcze w jednym pokoju z moim bratem, więc najpierw to bardziej zajmowałem się profesjonalnym obserwowaniem, w co on gra, albo grałem w to, w co mi pozwalał. Ale później, kiedy miałem już 13, albo 14 lat, i dostałem własny pokój, a razem z nim komputer po bracie, to wkręciłem się na przykład bardzo w „Baldur’s Gate” – grę ze świetną, polską wersją językową. Piotr Fronczewski, mnóstwo innych znanych aktorów, naprawdę solidny dubbing. Do dziś uważam, że to jedna z najlepiej wydanych w języku polskim gier. Po niej taka sztuka udała się chyba tylko „Wiedźminowi”. Jacek Rozenek jest bardzo dobrym Geraltem.
Dzisiaj masz swoją ulubioną grę?
Hmm… W ostatnim czasie rzeczywiście trafiłem na tytuł, o którym mogę chyba bez większego stresu powiedzieć, że jest najlepszą grą, w jaką grałem. Przeszedłem ją trzy razy z rzędu zaraz po zakończeniu i nazywa się „The Last Of Us”. Przepiękna fabuła, fantastyczny scenariusz i genialne ogranie tematu, którego jestem wielkim fanem, czyli żywych trupów. Naprawdę, ta gra to jest majstersztyk! Niedługo wychodzi druga część, więc już nie mogę się doczekać.
Czy u ciebie gry komputerowe i wideo zastąpiły inne sporty?
Faktycznie sporą część życia poświęciłem grom, ale to nie było też tak, że cały czas siedziałem przy komputerze, a potem konsoli. Grałem w piłkę nożną, trenowałem karate, a z badmintonem to nawet miałem dłuższą i poważniejszą historię. Jakieś trzy-cztery lata na nią poświęciłem. I nawet nie szło mi źle! W swojej kategorii wiekowej byłem zazwyczaj na drugim-trzecim miejscu, a jak nie przyjeżdżał taki jeden koleżka z Katowic, to nawet byłem pierwszy. No… Jak on mnie denerwował! Skubany był dobry, ale najbardziej wkurzał mnie tym, że po każdej udanej lotce krzyczał „Tak jest! Tak jest!”. To było strasznie denerwujące. (śmiech)
Mama nie miała do ciebie pretensji, że nie rozwijałeś w sobie w pasji do takiego grania?
Po jednym meczu nawet pokłóciłem się z mamą, bo byłem strasznie na tego gościa wkurzony. I musiałem przez to wracać do domu autobusem. (śmiech) Ale to był tylko jeden incydent, więcej takie nam się nie zdarzały. Mama natomiast oczywiście wolała, żebym uprawiał sporty na świeżym powietrzu, albo czytał książki i więcej się uczył, niż grał na komputerze, ale nie było między nami zgrzytów. Jakoś to wszystko potoczyło się naturalnie. Pamiętam, że co prawda mówiła: „Tylko to głupie strzelanie, tylko strzelanie!”, ale to nie było tak, że wybrałem komputer kosztem sportu. Jako dzieciak starałem się robić różne rzeczy, dużo biegałem po podwórku, cały czas spotykałem się z kumplami, a taki badminton po prostu nagle przestał mnie interesować. Co do samych gier komputerowych – z bratem pokazywaliśmy mamie, o co w nich chodzi. Że to nie tylko „głupie strzelanie”, ale fantastycznie wykreowany świat, fabuła, klimat, piękne historie... Słowem, że chodzi w nich o coś znacznie więcej. Na szczęście moja mama ma cudowne podejście do życia i otwartą głowę, więc było nam też na pewno łatwiej o tym rozmawiać.
A jest jakaś gra, z którą sobie nie poradziłeś?
Ha! Było coś takiego z grą ze studia Quantic Dream, które nawiasem mówiąc jest super studiem i robi świetne tytuły – choć też najwyraźniej dość kontrowersyjne, bo zbiera skrajne opinie. Grałem w jedną z pierwszych gier od nich – „Fahrenheit”, znaną też pod tytułem „Indigo Prophecy”, i była to naprawdę genialna i bardzo filmowa rozgrywka. Przez wiele lat miałem nawet na Naszej-Klasie konto wymyślone pod wpływem jednego z jej bohaterów. (śmiech) Pomysły studia Quantic Dream podobały mi się między innymi dlatego, że były robione bardziej pod tych, którzy nie są hardkorowymi zawodnikami, ale lubią kryminalne fabuły, fajne klimaty i ciekawie poprowadzone historie. „Fahrenheit” był właśnie taką grą, ale miałem w niej niestety jeden moment, w którym aż się rozpłakałem. Dosłownie. Nie chcę spoilerować, ale na koniec gry był pojedynek, w którym trzeba było w odpowiednim rytmie wciskać na zmianę klawisze. I mówię ci, że przez tydzień, dzień w dzień, próbowałem to zrobić, ale nie dawałem rady. Dzwoniłem do brata i mówiłem mu: ej, no tego nie da się zrobić! Nie da się tego przejść! Ta gra jest na pewno popsuta!
Rzeczywiście była?
Nie, w końcu się udało. I na szczęście to był jeden jedyny raz, kiedy wydawało mi się, że gra mnie pokonała. (śmiech) Dzisiaj jednak to nie kombinacje klawiszy są w grach najtrudniejsze do ogarnięcia. Większy problem jest z tym, co się dzieje dookoła – z jednej strony świetnych gier wychodzi tak dużo, a z drugiej tyle jest bodźców zewnętrzych, że czasami brakuje sposobności i czasu, żeby daną rozgrywkę zakończyć. A to mnie kosztuje naprawdę wiele cierpienia, bo nie lubię zaczynać jakiejś historii, a potem jej nie kończyć. Powiem ci, że na przykład przy „Wiedźminie 3”, mimo że na liczniku wybiło mi ponad 120 godzin, wciąż nie przeszedłem jeszcze dodatków. A słyszałem, że są strasznie dobre.
Jeśli jesteś tak zapalonym graczem to czemu jeszcze nie podłożyłeś w żadnej grze swojego głosu?
A myślisz, że bym nie chciał? Bardzo! Zwłaszcza, że gdy czasami widzę różnych celebrytów, którzy niekoniecznie są fanami gier, albo nawet nie mają o nich pojęcia, ale zaprasza się ich do dubbingu, bo są popularni, to wtedy wiesz, trochę mnie to boli. Bo oni nigdy nie zrobią tego tak, jak zapalony gracz, albo jak ktoś, kto jest fanem danej gry. Do tej pory dostałem jedną propozycję dubbingową, ale niestety nie do gry, ale serialu – kreskówki „SpongeBob” – i powiem ci, że nie spodziewałem się, że to będzie aż tak zajmujące zadanie. Siedziałem w jednym pomieszczeniu z ośmioma osobami, był reżyser, choreograf, poważna sprawa. Trochę się stresowałem, bo słyszysz oryginał po angielsku, słyszysz polską wersję i musisz jeszcze zrobić coś tam swojego. Na szczęście moja postać, Kenny Kiciuś, pojawiła się dopiero w dziesiątej minucie dwudziestominutowego odcinka. (śmiech) Zabawna zresztą historia, bo ten kot jest pod wodą i słynie z tego, że wstrzymuje oddech. Na początku w ogóle uznałem to za kiepski żart, że zaproszono mnie do podłożenia głosu komuś, kto nie powie nic przez cały odcinek, ale na szczęście tak nie było. I moim zdaniem poszło całkiem nieźle.
Może głos powinieneś podłożyć w grze, którą sam wymyślisz. Jest jakaś gra, która chodzi ci po głowie, ale jeszcze nie powstała?
To bardzo fajne pytanie, ale przepraszam, nie. Rynek gier jest dzisiaj tak bogaty, że nie wymyśliłbym chyba niczego oryginalnego. Zresztą, ja nie jestem w tę stronę za bardzo kreatywny. Wiesz, ja mogę być dobry w wymyślaniu jakiejś historii, ale nie dałbym rady chyba przełożyć jej na system gry. Myślę, że świat gier poradzi sobie na tym polu spokojnie beze mnie.
A w „Przyjaciół” nie chciałbyś zagrać?
O, tak. Bardzo! Choć nie wiem co to mogłoby być. Jakaś przygodówka?
Może Joey zbierający pizzę?
Na przykład. Myślę, że jakby zabrało się za tę grę studio Telltale, to mogłoby być to dobre. Oni od wielu lat zbierają licencje do fajnych tytułów – mają m.in. „The Walking Dead” i „Grę o tron”, „Batmana” i „Back to the Future” – i robią przyzwoite, odcinkowe gry. Gdyby „Przyjaciele” rzeczywiście do nich trafili, to mogłoby z tego powstać coś ciekawego. Mimo że z tego studia wychodzą gry raczej proste, to moim zdaniem zapewniają solidną rozrywkę. Możemy do nich teraz napisać, żeby zainteresowali się tematem.
I jaką byłbyś w takiej grze postacią?
Rossem, oczywiście.
Ty już raz byłeś Rossem. Davidem Rossem.
A to akurat był szybki pomysł. Kiedy pojawiła się myśl, żeby wyjść ze swoją muzyką za granicę, musiałem wymyślić jakiś pseudonim i specjalnie się nie zastanawiając, rzuciłem wtedy właśnie: David Ross. Ale to, jak szybko powstało, tak szybko odeszło, więc jeśli będę kiedyś jeszcze próbował swoich sił w obcych krajach to albo będę jednak sobą, Dawidem Podsiadło, albo będę używał pseudonimu, którym podpisuję się np. na Instagramie. Bo to mój pseudonim, wymyślony jeszcze w gimnazjum, i mam do niego pełne prawa. (śmiech)
Ale dlaczego Ross? Kiedy oglądam teraz „Przyjaciół”, kilkanaście lat po premierze, wydaje mi się strasznie nieporadny.
Nie, to jest bardzo złożona postać. Ta z jednej strony nieporadność życiowa, o której mówisz, a z drugiej taki looserski klimat i poczucie humoru, były mi zawsze jakoś wyjątkowe bliskie. To jest coś, czego ja się zawsze czułem bardzo blisko, a inna sprawa, że David Schwimmer, który gra w serialu Rossa, to ceniony przeze mnie człowiek i aktor, który pasuje do tej roli jak nikt inny. Wszystko się dla mnie w tym jego Rossie zgadza. No i ta historia z Rachel, która przecież spina cały serial – wspaniała sprawa.
Kiedyś też kochałem się w Rachel, dziś jednak wybrałbym Monikę…
Tak, Monica, jasne. Ale ja z nią miałem ten problem, że skoro chciałem być zawsze Rossem, to nie mogłem być z jego siostrą. Byłoby to bardzo niesmaczne i niehigieniczne. Ale faktycznie, Monica to postać z kategorii „wow”. Choć muszę przyznać, że teraz jak oglądam „Przyjaciół” to stwierdzam, że Phoebe jest chyba najciekawszą i najbardziej uroczą postacią spośród grających w serialu dziewczyn. W tej całej jej pokręconej osobowości jakoś mega z nią sympatyzuję i uważam, że jest dużo mądrzejsza niż to się wydaje po pierwszym odcinku.
Kiedy „Przyjaciele” trafili na Netfliksa i młodzi widzowie stwierdzili, że to serial homofobiczny i rasistowski. Na pewno daleki od poprawności. Co ty na to?
Tak, czytałem o tym. I trochę to zaskakujące. Pomyśl, ile przez tę dzisiejszą poprawność ominęłoby nas rzeczy, gdyby ktoś je chciał zrobić dzisiaj, a nie wtedy…
Dobrze, że ta poprawność nie dotyka twoich ulubionych zombiaków. Pytam ciebie jako eksperta: jakie filmy z gatunku żywych trupów warto dzisiaj obejrzeć?
Miał kilka fajnych pomysłów i całkiem ładnie był zrobiony film „Cargo” z Martinem Freemanem, ale to jeszcze nie to. Lepszy był remake „Świtu żywych trupów” robiony przez Zacka Snydera. No i oczywiście polecam klasykę od samego ojca gatunku – Romero. „Diary of the Dead: Kroniki żywych trupów” wspominam dobrze. Polecam też jeszcze hiszpański „Rec.” – ten pierwszy, oryginalny – bo to rewelacyjny i dość przerażający film. A na deser brytyjski „28 dni później”. Jako wielki fan zombiaków z czystym sercem polecam tę znakomitą produkcję (choć widziałem ją lata temu, podczas autoryzacji tego wywiadu odkryłem, że w głównego bohatera wciela się Cillian Murphy! A to ci dopiero fascynująca sprawa!).
Zaczęliśmy od gier i chciałbym też na nich zakończyć – czy „Alana Wake’a”, w którym też straszą żywe trupy i przez które sam miałem kiedyś problemy z zaśnięciem, też mógłbyś polecić?
Grałem w „Alana” i nawet zapożyczyłem z niego cytat, który wykorzystywałem później na swoich występach. W tej grze jest taka scena, już pod koniec, gdy główny bohater, Alan Wake właśnie, przemawia: „It's not a lake, it's an ocean”. Bardzo mi się to spodobało i zacząłem ten tekst śpiewać na koncertach. Mega creepy uczucie! Ale sama gra to jednak dla mnie raczej rozrywka z gatunku miękkich. Wiesz, ciemność wypalana żarówką to jednak nie jest odgryzanie sobie kończyn… (śmiech) „The Last Of Us” to znacznie większa frajda.