Jeden z najbardziej zasłużonych DJów na scenie hiphopowej - Decks
© Bartek.M / @bartekm_
Muzyka

DJ Decks: Skrecze na kawałek z amerykańskim raperem? Działam!

„Koncertowałem i grałem przez prawie 20 lat, więc sytuacji różnych było trochę. Czasami sama rozmowa nie wystarczała” – z DJ-em Decksem rozmawiamy o jego osiągnięciach nie tylko na muzycznej scenie.
Autor: Marcin Misztalski
Przeczytasz w 8 minPublished on
Uważasz, że w powiedzeniu „sport to zdrowie” jest dużo prawdy?
DJ Decks: Wszystko zależy od tego, jak definiujesz sport. Jeśli jest to aktywność, którą uprawiasz niezbyt często i polega ona tylko na bieganiu w lesie, robieniu skłonów czy lekkiej gimnastyce na siłowni i do domu to OK – wtedy możemy mówić, że sport to zdrowie. Inaczej ma się sprawa, kiedy podchodzisz do jakiejś dyscypliny bardzo poważnie, poświęcasz się jej i chcesz osiągnąć w niej sukces. Chodzi mi o bardzo częste i intensywne treningi. Nawet już nie wspominam o zawodowcach. Taki wysiłek może wiązać się z kontuzjami i wyczerpaniem organizmu. Ale co powiesz komuś, kto chce osiągnąć sukces? Że ma nie przesadzać na treningach? Wiadomo, że nie! Wtedy na treningach gryzie się trawę i zapierdziela, by dojść do upragnionego celu. O zdrowiu się czasem zapomina i wmawia sobie, że „przecież później, za kilka lat nie będzie tak źle”. Nie jestem jeszcze aż takim oldboyem, ale mnie też czasami po dobrym treningu ciężko wstać na drugi dzień z łóżka. (śmiech) Jestem osobą, którą niestety kontuzje nie omijały. Miałem zerwane wiązadła krzyżowe, pęknięcia w barku, nadgarstku czy pękniętą głowę. Było tego sporo, ale mogło być gorzej.
Sporo było też dyscyplin sportowych, którymi się parałeś – między innymi piłka ręczna, karate, rugby, judo, no i taekwondo, w którym osiągnąłeś niemałe sukcesy...
To prawda. Tych sukcesów trochę było, nawet już wszystkich nie pamiętam. (śmiech) Byłem Mistrzem Polski juniorów, wicemistrzem seniorów, zdobyłem czarny pas, byłem w kadrze Polski na pierwszym meczu z Koreą Południową, który odbył się w poznańskiej Arenie. Moja przygoda z tym sportem zaczęła się tak, że przegrałem walkę na turnieju w judo, po czym pobiłem się z pewnym chłopakiem, w zasadzie to znokautowałem go jednym kopnięciem. Uznałem, że to sport dla mnie. Trenowałem na Winogradach koło stadionu Posnanii, pod okiem Mistrza SooKwng Lee. Nasza salka była strasznie klimatyczna, wyglądała jak te rodem z amerykańskich filmów. Naprawdę! Wchodziłeś i czułeś się jak w filmie „Karate Kid”. Chodziłem tam chyba z 6-7 lat. Moja historia z taekwondo skończyła się, kiedy zachorowałem i leżałem ponad miesiąc w szpitalu. Dostawałem wtedy sterydy i mocno przytyłem. Przepadło mi wiele treningów i startów. Taekwondo nauczyło mnie szacunku, pokory i sumienności.
Gdyby w twoim życiu nie pojawiły się wcześniej sporty walki, wziąłbyś udział w walce freak fighterów?
Wiadomo, że federacja FFF bazuje na zestawianiu ze sobą osób popularnych, które nie zawsze mają coś wspólnego ze sportami walki. Nie podjąłbym się uczestnictwa w takich walkach, gdybym wcześniej nie uprawiał takich dyscyplin, jakie uprawiałem. Myślę, że gdybym tego nie czuł i nie miał z tym wcześniej styczności, to nie zobaczylibyście mnie na ringu. Podchodzę do tych walk totalnie z dystansem. Mam 44 lata, więc jestem już za stary na to, by zdobywać jakieś nowe puchary. (śmiech) To fajna przygoda. Nie ma już szans, bym cokolwiek tutaj osiągnął. Mogę co najwyżej zawalczyć sobie raz albo dwa razy w roku.
Trenujesz w poznańskim Ankosie, który jest marką na polskiej mapie sportów walki. Potrafisz na treningach dotrzymać kroku osobom, które zajmują się tym zawodowo?
Tam nie brakuje osób, które mogą mi pokazać, gdzie jest moje miejsce. (śmiech) Radzę sobie z nimi jako tako na luźnych sparingach, ale gdyby miało dojść do poważniejszych konfrontacji, to nie ma w ogóle o czym mówić. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby któryś z nich dokręcił podczas sparingu śrubkę, to raczej szybko leżałbym na macie. (śmiech) Reprezentuję zupełnie inny, niższy poziom. Miałem możliwość trenować naprawdę z czołówką polskich zawodników. Z tego miejsca chciałbym jeszcze raz podziękować całej ekipie „Ankos MMA” z Marasem i trenerem Andrzejem na czele.
Umiejętności, które zdobyłeś na macie, przydały się kiedykolwiek w branży muzycznej?
Koncertowałem i grałem przez prawie 20 lat, więc sytuacji „różnych” trochę było. Czasami sama rozmowa nie wystarczała. (śmiech)
Odniosłem wrażenie, że wcześniej, w czasach Slums Attack, nie byłeś skory do udzielania wywiadów i uczestnictwa w innych akcjach promocyjnych. To było świadome działanie?
Patrzę na to trochę inaczej. Brałem udział w wielu wywiadach i akcjach promocyjnych z Rychem, ale te wywiady często wyglądały tak, że Peja gadał, a ja siedziałem obok i prowadzący nie zadawał mi nawet pytań. Pamiętam sytuację, kiedy poszliśmy do radia, zaczęła się audycja i ten cały redaktor mówi: „Moim gościem jest dzisiaj Peja ze Slums Attack”. A ja, ku*wa, siedzę obok. (śmiech) Nie jestem jakąś rozgadaną osobą, odpowiadam zazwyczaj krótko i konkretnie (choć akurat z tobą teraz gadam nawet długo), ale jeśli są jakieś propozycje wywiadów, to raczej na nie przystaję. Nie mam problemu, kiedy muszę wypowiadać się przed kamerą. Nic z tych rzeczy.
Nie masz też problemu z wydawaniem kolejnych projektów. Zagęściłeś ruchy...
Musisz pamiętać, że wcześniej grałem w ramach Slums Attack mnóstwo koncertów i kiedy przyjeżdżałem do domu po weekendzie, to po prostu nie miałem siły, by siedzieć przed komputerem i pracować nad swoimi solowymi rzeczami. Wszystko kręciło się wokół SLU. Do tego dochodziło oczywiście życie rodzinne, treningi i tego czasu najzwyklej w świecie brakowało. Obecnie mam go więcej, co też przekłada się na intensywność wydawania moich kolejnych projektów.
Z jakim zainteresowaniem spotykają się twoje ostatnie projekty?
Z całkiem dobrym, jak na nasze realia. Powoli kończy się nakład „szóstki”. Mam zamiar zrobić taką kolekcjonerską wersję, wzbogaconą o instrumentale i niepublikowany numer. Tych płyt będzie może z 2,5 tysiąca, bo mniej więcej tyle brakuje mi, by osiągnąć za ten krążek status złotej płyty. „Piątki” sprzedało się około 12 tys. sztuk. Nie wiem natomiast, ile osób kupiło wcześniejsze części moich mixtape'ów.
Powiedz coś o siódmej części.
Na „siódemce” muzyka i skrecze będą oczywiście mojego autorstwa, ale nie mogę nie wspomnieć o Voskovych, którzy pomagają mi przy miksie i dopieszczaniu numerów, oraz basiście, który pojawi się w pięciu utworach. Master robił DJ Eprom, bo... to DJ Eprom.
Na płycie są m.in. M.O.P., Onyx, Ras Kass czy Kool G Rap. Jak przebiegła współpraca z ludźmi zza wielkiej wody?
Bardzo dobrze. Mam z nimi dobry kontakt. Może poza MC Eihtem, z którym dogadywaliśmy się na razie tylko przez menedżment. Do każdej osoby, do której się odzywałem, pisałem wiadomość, z której dowiadywali się, kim jestem i z kim będą dzielić numer – dostawali linki do teledysków i krótką informację o artystach. Nie bez znaczenia była też pomoc samych artystów ze Stanów, którzy polecali mnie swoim kolegom. Wszystko zaczęło się od Mr.Capone-E, do którego podbiłem na Instagramie – szybko doszliśmy do porozumienia w kwestii stawki i zaczęliśmy działać nad utworem. Później dogadałem się z Ras Kassem, który wpadł nawet do Polski i nakręciliśmy wspólny teledysk. Widziałem, że Ras Kass pokazał się w mediach społecznościowych na zdjęciu z The Luniz, więc zapytałem, czy może mi pomóc w dotarciu do nich. Otrzymałem kontakt i od razu zadzwoniłem na FaceTime do Yuka. M.O.P. poznałem na koncertach, podobnie jak The Beatnuts. Do PMD numer dał mi Krazy Drayz z Das Efx. Onyx-ów znałem jeszcze z czasów naszego wspólnego kawałka na „CNO2”. Z Kool G Rapem z kolei rozmawiałem na Skype. Więc wiesz, te kawałki nie powstawały w atmosferze: „Daj siano, to wyślemy ci zwrotki i nara”. Mamy jakiś kontakt, np. na Instagramie. Trochę zaangażowali się w ten projekt. Nie jest tak, że mają tę współpracę gdzieś. Odpowiem w ten sposób: gdyby mnie zobaczyli, to pewnie by mnie poznali. (śmiech)
Możesz powiedzieć, kto odmówił ci współpracy?
Bezpośrednio nikt. Przyznaję natomiast, że tych wiadomości trochę powysyłałem i na niektóre nie otrzymałem do dziś odpowiedzi. Nie ukrywam, że trzeba też trafić na dobry kontakt, bo łatwo jest się „nadziać” na jakiegoś kolegę menedżera, który ma innego menedżera. Pisałem np. do współautora płyty „Paid in Full”, gości odpowiedzialnych za „Stakes is High”... Było tego trochę. Co do współpracy, powiem ci taką ciekawostkę: nie będę zdradzał kto, ale niektórzy polscy raperzy trochę kręcili nosem, jak dowiadywali się, że mają nagrać z kimś ze Stanów. Nie każdy się tym jarał. Trochę mnie to zdziwiło. Gdybym ja np. dowiedział się, że mam nagrać skrecze na kawałek z amerykańskim raperem, to wszystko zostawiam i działam, ale rozumiem, że niektórzy mają inne podejście do tematu.
Skąd w ogóle pomysł, by brać sobie na barki takie przedsięwzięcie? Przypuszczam, że dla większości polskich słuchaczy twoi goście są anonimowi...
Nie no! Jak ktoś się interesuje kulturą hip-hop, to nie może nie znać The Luniz, Das Efx czy Onyx-ów. No nie ma opcji! Mnie nie interesują inni, przypadkowi odbiorcy, którzy ich nie kumają. Nie robię tego dla nich. Wierzę w to, że nasi słuchacze rapu znają osoby, które pojawią się na moim projekcie... Liczę na to, że ludzie docenią ten mixtape. Siódmą część planuję wydać w naprawdę fajny sposób, w czym pomoże mi oczywiście Forin. Na pewno pojawi się winyl.
Trochę się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem, że na płycie nie będzie Fat Joe, który kiedyś zgodził się na wasz wspólny utwór (śmiech)
A nie będzie? (śmiech)

2 min

Bo liczy się przekaz - raperzy mówią, o czym rapują

Kali, Paluch, Gedz, VNM, Sarius, Bedoes, OKI, Bisz, AVI, Eros oraz Kizo mówią, o czym rapują.